niedziela, 28 grudnia 2014

2014 - podsumowanie


Kolejny wpis na bardzo oryginalny temat. I prawdopodobnie ostatni w tym roku. Co mi tam szkodzi podsumować te swoje ostatnie dwanaście miesięcy?

Po niemal trzech latach prowadzenia bloga na Onecie/Blog.pl, do którego byłam bardzo przywiązana, przeniosłam się na Blogspota. Nie żałuję tej decyzji, bo gdzie, jak nie tu, mogłam poznać tak świetnych ludzi?

Zaczęłam bardziej dbać o swój intelekt i poniekąd także o wygląd i dobre samopoczucie. Nie będę ukrywać, że w ostatnich latach cholernie to wszystko zaniedbałam.

Założyłam konto na Instagramie, czym chyba najbardziej zaskoczyłam siebie samą. W końcu nie dalej jak rok wcześniej było myślenie w stylu "a na co mi jakieś chwalenie się żarciem?". Fakt, póki co nie zamieściłam zdjęcia przedstawiającego frytki z Biedry, lecz co jakiś czas lud cebulandzki (i nie tylko) może dowiedzieć się, jak wyglądam.

Dokonałam epokowego odkrycia: telewizja nie jest mi potrzebna do szczęścia. Zresztą gdy raz na jakiś czas obejrzę z Młodą jakąś amerykańską komedię, nie ogarniam, jak mogłam kiedyś takimi rzeczami się jarać. To samo zresztą tyczy się telenowel czy "Trudnych spraw".

Przestałam się orientować w tym, co jest modne. Chodzi mi zarówno o radiowe hity, topowe teksty w Internetach, czy ciuchy. Jeśli raz na jakiś czas tak przypadkiem coś dochodziło do moich uszu czy oczu, nie robiło na mnie szczególnego wrażenia.

Zaczęłam się otwierać na inną muzykę niż do tej pory. Wiadomo, jest kilka rockowych zespołów, które towarzyszą mi od paru lat i to się pewnie prędko nie zmieni, lecz polubiłam też takie grające ciut ostrzej, ale też nie za ostro.

Pozbyłam się paru niepotrzebnych rzeczy, w tym gazet typu Bravo. Nie wiem, po co to przez ileś tam lat trzymałam. Jednak to jeszcze nie koniec tych wielkich porządków. Niestety.

Wróciłam do pisania pamiętnika. Myślałam, że to już nigdy nie nastąpi i wypisywanie się na forach i blogu w zupełności mi wystarcza. A jednak. Może podczas takiego wyżywania się na kartkach papieru najdą mnie pomysły na kolejne wpisy tutaj?

Nie był to jakiś przełomowy rok. Ale może ten nadchodzący będzie lepszy?

wtorek, 23 grudnia 2014

Z życia dojrzałej, nastoletniej blogerki, cz. 2


Wiedziałam, że kiedyś powstanie druga część wszelakich kwiatków z prehistorycznych czasów mojego blogowania. Trochę ich się znalazło. Gdy co jakiś czas dopada mnie kompleks debila, dzięki takim tekstom uświadamiam sobie, że kiedyś byłam większym debilem.

dalej jesteśmy takimi odrzutkami - A nie wyrzutkami? A może chodziło o odrzutowiec?

Już mamy weekend. Tak, weekend - Ludzie z pewnością nie posiadają kalendarzy, więc taka informacja odmieni ich życie :)

Zastanawia mnie to, czy osoby dążące do pięknego wyglądu są szczęśliwe. Są bardzo skupione na swoim wyglądzie. - You don't say?

Znalazłam się w takim momencie swojego życia, że muszę już teraz, w tym momencie decydować o swojej przyszłości. - Pozdro z podłogi, jak to w Internetach mówią.

Powoli zmieniam się w kogoś takiego jak te paniusie widywane przeze mnie w galerii - Nie chodziło o galerianki, lecz modnie ubrane dziewczyny. A parę wpisów później jest pieprzenie o byciu sobą. xD

Teraz jest mowa na ludową przyśpiewkę "Koko Euro spoko" - Mowa? MOWA?

Dobra na razie starczy. No i mimo tego całego ostatniego narzekania, życzę Wam wesołych, czy też przynajmniej w miarę znośnych świąt. Wiadomo, ponarzekałyśmy wspólnie, no ale może przeżyjemy jakoś te parę dni :) I zdrowia oczywiście!

czwartek, 18 grudnia 2014

No i gdzie ta magia świąt?


Od co najmniej miesiąca w telewizji, gazetach czy radiu mówi się o świętach Bożego Narodzenia. W sklepach roi się od lampek, choinek, "czekoladowych" Mikołajów i piernik wie, czego tam jeszcze. Gdziekolwiek się nie zjawisz, zaraz słyszysz "Last Christmas". A ja tej cholernej magii świąt nie czuję.

Może to objaw zwyczajnego starzenia się? Przecież te pięć czy dziesięć lat temu jakoś cieszyłam się na święta. Już zwykłe ubieranie choinki dawało sporo radości. A co dopiero mówić o miłym spędzeniu czasu z rodziną, czy wspólnym śpiewaniu kolęd. A może zwyczajnie dałam się ogłupić jak to dzieciak?

Zacznę od tego, że nie ogarniam tych cyrków ze sprzątaniem non stop przez kilka dni poprzedzających święta. Czy Bóg, o ile w ogóle istnieje, strzelałby focha o odrobinę kurzu? Zresztą i tak świąt nie spędzamy u siebie, tylko u dziadków. Okej, pomogę rodzicielce w porządkach, ale nie przez całe dnie. Trochę luzu, kobieto!

Nie cierpię momentu składania życzeń. Nigdy nie wiem, co powiedzieć danej osobie. Gdy to się kończy, odczuwam niesamowitą ulgę. Zresztą to jest takie nie do końca szczere, zwykle po prostu powtarzają się zeszłoroczne życzenia. Podejrzewam, że np. wujek jak co roku będzie mi życzył "faceta tak przystojnego jak on i dużo seksu" xD

Pomiędzy jednym posiłkiem a drugim trwa dyskusja. Nie na tematy religijne, polityczne czy egzystencjalne. O innych ludziach gadają. Owych osobników, będących tematem jakże ciekawej dyskusji rodem z Pudelka czy Kozaczka, raczej nie znam nawet z widzenia. Choćbym myślami była w innym kraju, na innej planecie, czy gdziekolwiek, byle nie tu, i tak wszystko słyszę, bo oni strasznie donośne głosy mają. Tak więc mogę dowiedzieć się, że ktoś z kimś się ohajtał, ktoś się rozwiódł, komuś urodziło się dziecko, komuś zepsuło się auto, ktoś się powiesił, ktoś ma krzywe nogi ("więc jak może je odsłaniać"), ktoś ma nowego smartfona ("no ciekawe, skąd miał na to pieniądze"), ktoś się zesrał...Help!

No ale przynajmniej się najem...

sobota, 13 grudnia 2014

Nominacja dobrych myśli


Ta zabawa opanowała blogosferę. Gdzie nie wejdę, tam ktoś wspomina niesamowite momenty w swoim życiu. W końcu i ja zostałam klepnięta przez Lusię. Myślałam, że w moim przypadku prędzej dałoby się stworzyć litanię nienajlepszych, dołujących wspomnień, ale jednak coś tam się znalazło.

Czerwiec 2009
W końcu, po latach męki z niemalże połową szkoły, która nie dała mi żyć, nastąpiło zakończenie "najważniejszego etapu edukacji", zwanego gimnazjum. To znaczy gimbazjum.

2010
Kiblowałam, ale w nowej, bardzo niezgranej klasie trafiłam na kilka normalnych osób, w tym A., która chyba jako jedyna mnie rozumiała, albo przynajmniej próbowała. W ogóle to ślę jej sporego kissa, bo prawdopodobnie to czyta :*

Kwiecień 2013
Skończyłam liceum i odczułam ulgę, bo z pewnością nie pozostawiłam po sobie najlepszego wrażenia. Ale wszelkie szczegóły najlepiej przemilczę.

Wrzesień 2013
Po jakichś 2 latach spotkałam się z M., kumpelą jeszcze z czasów gimnazjum. To normalnie dziwne, ale choć nie rozmawiałyśmy ze sobą przez długi czas, normalnie się sobie zwierzałyśmy. Dobrze było tak sobie wypić piwko, pośmiać się, ponarzekać, wspominać dawne czasy...

Kwiecień 2014
Po długich miesiącach zbierania kasy w końcu kupiłam nowego smartfona, który jest znacznie lepszy od tamtego nieszczęsnego Szajsunga. Warto oszczędzać :)

Grudzień 2014
Euforia poprzedzona informacją o koncertach moich ulubionych zespołów, które odbędą się w nadchodzącym 2015 roku. Choć szanse na znalezienie się w Warszawie są takie średnie, nie przestaję szukać ludzi, którzy mogliby ze mną się wybrać, a co!

Nie nominuję nikogo. Nawet jakbym chciała, to i tak wszyscy już dawno zostali klepnięci. Jeśli jednak ktoś chce przyłączyć się do zabawy, zapraszam :)

piątek, 5 grudnia 2014

Teksty ludzi, których nie ogarniam.


Niektóre osobniki doprowadzają mnie swoją gadką do szału. Mam ochotę powiedzieć im, by się z łaski swojej odpierdolili i że to moja sprawa, co robię ze swoim życiem. Żadne rozsądne argumenty do nich nie trafiają.

"Jesteś za chuda, niedługo znikniesz. Nie chcesz jeść żadnych słodyczy, nie masz przypadkiem anoreksji?"
Można jeszcze dodać do tego nagminne podrzucanie mi czekolady czy ciast. No i beka ze stawiania znaku równości pomiędzy niejedzeniem słodyczy, a głodzeniem się. Można przecież spokojnie obyć się bez takiego żarcia i jeść rozsądnie i zdrowo. Zresztą uważam, że mam idealną wagę i prawie idealną figurę.

"Nie przesadzaj, będziesz miała jedno dziecko"
Nie, nie, NIE. Potrzebuję cholernego świętego spokoju, a nie pilnowania, by mały gówniarz nie wyjmował ostrych narzędzi z szafek, czy nie darł książek. I w ogóle koncentrowania się na nim 24/7, bez możliwości rozwijania swoich zainteresowań czy zwyczajnego wyspania się. Mój chłopak, o ile takowy się pojawi, też nie może chcieć mieć dzieci, bo inaczej się pożegnamy. Zresztą przebywanie w towarzystwie 3 - letniego kuzyna jeszcze bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu.

Co tak ciągle sama siedzisz?
Bo lubię? Nie mam ochoty na przebywanie non stop z ludźmi, którzy usiłują mnie na siłę zmienić. I z pewnością nie dołączę do rodzicielki oglądającej przed TV jakąś telenowelę, czy komedię romantyczną. Jakbyśmy nie mogły pójść na spacer, czy zakupy...

Czemu jesteś ciągle taka smutna?
A skąd wiecie? Może myślałam o czymś wesołym? A zresztą i tak nic wam nie powiem.

Dobra, koniec smęcenia na dziś.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Od dziś słucham Eski i disco polo


Jest strasznie późna pora, a ja piszę, czyli standard. Będzie sporo narzekania, bo jakżeby inaczej. Może jakoś to wytrzymacie.

Od dłuższego czasu próbuję jakoś zmienić swoje życie, a wychodzi jak zwykle. Jeśli chodzi o ten cały plan działania, póki co jestem w stanie zrobić najwyżej połowę tego, co tam sobie zaplanuję. Ale w sumie nie o tym chcę napisać.

W styczniu do Warszawy przyjeżdża jeden z moich ulubionych zespołów, a mnie tam nie będzie. A kasa na bilet i dojazd jakimś cudem jest. Gdybym znała stolicę, to może pojechałabym sama, no ale ja tam nigdy nie byłam nawet przejazdem. Nie żartuję. Pewnie nietrudno się domyślić, że nie znam nikogo , kto podzielałby mój gust muzyczny. W ogóle w 2015 roku będą jeszcze koncerty paru innych zespołów, na które chętnie bym wbiła, no ale jak wyżej. Na twarzoksiążkowej stronie dla polskich fanów zadałam pytanie, czy ktoś z okolic PTB może się nie wybiera. Ciekawe, czy w ogóle będzie jakiś odzew.

Czy ja, kuźwa, słucham czegoś, co zna kilkadziesiąt osób na świecie? Nie wydaje mi się. Tak to jest, gdy człowiek stwierdza, że to, co słyszy dookoła, jednak mu nie pasuje, ewentualnie ma wyjebane i woli szukać czegoś dla siebie w Internetach. A jak się popytasz, czego ludzie słuchają, to najczęściej są to aktualne hity Eski, ewentualnie disco z pola. Jestem tolerancyjna, ale chcę mieć z kim jeździć na koncerty.

środa, 26 listopada 2014

Zmiany


Przesadziłam. Dość już tego opierniczania się. Zamierzam stworzyć plan działania i realizować go. Gdy w ciągu danego dnia zrobię to, co należy, przyjdzie czas na leniuchowanie.

Mam całkiem niezapisany zeszyt. Nie wiedziałam, co z nim zrobić, ale niedawno mnie olśniło. Przecież mogę tam napisać listę rzeczy do zrobienia. I oczywiście po jakimś czasie skreślać to, z czym się uporałam.

Przez najbliższe kilka dni zamierzam odpocząć od ludzi. Na razie zawiadomiłam o tym na Twarzoksiążce takiego jednego, co dobija się do mnie kilka razy dziennie (i chyba mnie podrywa). Raczej zrozumiał. Nie ma nic bardziej wkurwiającego niż migająca wciąż na zielono dioda, podczas gdy na przykład sprzątam. Nie da się jej wyłączyć, choć teoretycznie taka opcja istnieje. No ale tylko teoretycznie.

Przydałoby się również ograniczenie czasu spędzonego w Internetach. Naprawdę to, co wypisują na Bezużytecznej nie jest mi potrzebne do życia. To samo tyczy się również oglądania pierdyliarda zdjęć na Instagramie, czy zadawania wujkowi Google pytań, na które nikt nie zna odpowiedzi. I generalnie wielu innych rzeczy. Oczywiście nie zamierzam zniknąć z blogosfery, tym bardziej, że ostatnio coś wena mnie nie opuszcza. I dalej będę odwiedzać Wasze blogi.

Spróbuję jutro wstać przynajmniej godzinę wcześniej i zacząć działać. Bez żadnych cholernych wymówek, że od jutra. Bo potem będę to odkładać w nieskończoność i ani się obejrzę, a miną lata bezsensownego siedzenia na dupie i moje życie będzie bez sensu. A przecież tak nie musi być, prawda?

wtorek, 18 listopada 2014

Gimbazjum


Co pamiętam z gimnazjum? Dyskoteki, na których królowały "Kanikuły". Szkolny chór. Wychowawczynię narzekającą na niezgranie klasy (i z którą miałam świetny kontakt). Opieprz od wuefistki za czerwone paznokcie. Rankingi typu "w której klasie żadna dziewczyna się nie umalowała". Jaranie się sezonowymi hitami Eski. Złote Myśli, które miało wiele osób i wszędzie były te same pytania. Pisanie liścików na lekcjach. "Hej hej ch..." śpiewane przez chłopaków na niemieckim, przy germanistce ofkors. Śmieszne (a może głupie?) napisy na ścianach damskiej łazienki. Wagary polegające na zwiewaniu do pobliskiego supermarketu. Czytanie Bravo i Popcornu oraz chwalenie się wiedzą o celebrytach nabytą tamże. No dobra, jednak nie było tak fajnie.

Guma do żucia i cola lądujące na moich włosach. Wysypana przez dwie starsze dziewczyny zawartość mojego plecaka, gdy ludzie wysiadali na przystanku pod szkołą. Moje buty i piórnik ginące w nieznanych okolicznościach, pewnie jeszcze parę innych rzeczy (w tym napisana przeze mnie kartkówka). Pomazana długopisem przez pewnego debila bluzka (na szczęście się doprała jakoś). Szarpanie za włosy przez kilku kolesi. "To dlatego, byśmy się z niej nie śmiali", powiedziane przez kogoś, gdy próbowałam chodzić normalnie. Spodnie przypalone przez kogoś zapalniczką. Kopnięcie mnie przez kogoś z całej siły w tyłek na którejś dyskotece. Śmiech, drwiny, przedrzeźnianie. Dzwonienie do mnie dla jaj. Wynajdywanie każdego możliwego powodu do wyśmiania (małe usta, brak cycków, noszenie okularów, itp.). Otaczanie mnie w ciasnym kole przez paru chłopaków, których nawet nie znałam...

Pewnie byłoby tego jeszcze więcej. Pytanie, czy coś zrobiłam tym ludziom? Nie. Po prostu ktoś wyróżniający się w jakiś sposób może mieć przesrane. Ja byłam zbyt spokojna i zbyt wrażliwa. Chociaż minęło ileś tam lat, nie zapomniałam. I pewnie ten najgorszy okres w moim życiu sprawił, że mam totalnie zrytą psychikę i praktycznie zerowe życie towarzyskie. No ale nie spędzam całych dni na durnym użalaniu się nad sobą.

piątek, 7 listopada 2014

Kryzys, dół czy co tam...


Od dłuższego czasu brakuje mi pomysłów na wpisy. Nie wiem, jak to do cholery możliwe. Jeszcze nie tak dawno temu miałam w zanadrzu kilka tematów, z których ostatecznie wybierałam jeden, a teraz ani me, ani be. W dodatku od kilku dni, jak nie dłużej, trzyma się mnie coś w rodzaju doła. Najchętniej przespałabym całe dnie. Może to jest powodem braku weny? Od wczoraj szukam w Internetach jakichś inspiracji czy czego. W końcu dawno nie pojawił się normalny wpis. Bezskutecznie. Może to tylko chwilowy kryzys? Może za kilka dni czy miesiąc znów kolejne tematy nie dadzą mi spokoju? Tak czy owak zamierzam nadal odwiedzać Wasze blogi. Zawsze możecie też do mnie pisać na avanturnica4@onet.eu. Trzymajcie się!

wtorek, 28 października 2014

Liebster Blog Award, cz. 3


Ostatnio coś nie mam ani grama weny, dlatego chętnie odpowiem na pytania, które tym razem zadała mi Karolina.

1. Dostajesz 1 mln złotych. Na co je wydajesz?
Hmm...Myślę, że poszukałabym jakiegoś fajnego domu/mieszkania z daleka od tej wiochy, no i wprowadziłabym się tam. Znając życie, chciałabym trochę kasy przepuścić na książki, płyty czy ciuchy. Mogłabym też w końcu zacząć chodzić na koncerty. Pewnie jeszcze pomogłabym potrzebującym, z Afryki na przykład. Oj, przydałoby się takie tysiąc tysiaków :D

2. Czy jesteś tolerancyjna? (np. w kwestii religijnej lub homoseksualistów)
Już pisałam o tym pierdyliard razy, ale w sumie co mi tam szkodzi powtórzyć :) Tak, jak najbardziej jestem tolerancyjna. Nikt nie zasługuje na złe traktowanie tylko dlatego, bo ma inny kolor skóry, inną orientację seksualną, wyznaje inną wiarę, nie zachwyca się tym, co większość ludzi, jest gruby, pryszczaty, kulawy, ma wadę wymowy, itepe. To też są ludzie, do cholery. A gdyby wszyscy byli tacy sami, byłoby nudniej niż podczas oglądania "Mody na sukces".

3. Jaki jest twój stosunek do zwierząt? (lubisz nie?) Co myślisz o futrach (i "wyrobach") ze zwierząt?
Lubię zwierzęta (no może nie wszystkie), szczególnie koty. Mam słabość do tych futrzaków :) W życiu nie założyłabym futra, no chyba, że sztuczne, bo jestem przeciwna zabijaniu zwierząt. Najchętniej też zrezygnowałabym z jedzenia mięsa, no ale z tym chyba muszę poczekać do kiedyś tam, jak się wyprowadzę z tej dziury. Póki co jedynie ograniczam jego spożywaną ilość. No szkoda zwierząt.

4. Czy według Ciebie istnieje przyjaźń damsko-męska?
A czemu miałaby nie istnieć? Wiadomo, istnieje takie powszechne przekonanie, że pewnego dnia któraś ze stron bardziej zaangażuje się w tą znajomość, ale niekoniecznie musi być tak w każdym przypadku. Po prostu chłopak z dziewczyną (czy też mężczyzna z kobietą) mogą dobrze się rozumieć, mieć sporo wspólnych tematów do rozmowy. I być może któreś z nich jest już dawno w związku.

5. Co zabrałabyś ze sobą na bezludną wyspę?
Trochę ciuchów i książek, telefon, sporo butelek niegazowanej wody mineralnej i w sumie mogłabym utworzyć litanię z tego wszystkiego, co chciałabym zabrać.

6. Czy myślisz, że związek na odległość jest możliwy?
Raczej nie. Bo co to za widywanie się kilka razy w roku (jeśli mowa o takich naprawdę sporych odległościach)? Niemożność przytulenia się do ukochanej osoby, wyjścia gdzieś częściej. Masakra jakaś. Tego nie da się nazwać związkiem.

7. Co cenisz u innych osób (chodzi mi o charakter)?
O kurna, chyba łatwiej byłoby wymienić, czego nie cenię u ludzi :D
Na pewno cenię sobie szczerość, wolę od razu wiedzieć, co ktoś o mnie myśli. Bardzo ważne jest też zaakceptowanie pewnych moich nieszkodliwych dziwactw i innych odchyłów :) Niech nawet nie próbują zrobić ze mnie ekstrawertycznej imprezowiczki, lubiącej słuchać disco z pola, noszącej tiszerty w kolorze miętowym czy innym seledynowym, co sobotę bujającej się w jakimś klubie.

8. Co najbardziej szalonego zrobiłaś w życiu?
Eee...Podrzucenie liścika chłopakowi, który mi się podobał w czasach podstawówki liczy się? :D

9. Jakie masz cele w życiu?
Znalezienie jakiejś konkretnej pasji, na której mogłabym zarobić, znajomość kilku języków obcych, wyprowadzka i jeszcze wyprowadzka :D

10. Bardziej zapamiętujesz to, co spotkało cię dobrego, czy złego?
Niestety to drugie. Tego się nie da zapomnieć.

11. Myślisz, że sny są głosem naszej podświadomości, czy czystą wyobraźnią?
W sumie stawiałabym na to drugie.

Tradycyjnie nie nominuję nikogo :)

piątek, 17 października 2014

Bez czego nie wyobrażam sobie dnia?


Chyba każdy tak ma, że bez pewnych rzeczy, czynności jego dzień jest niepełny i generalnie do dupy. Wcale nie będę tu jakimś wyjątkiem. Bez czego więc nie wyobrażam sobie dnia?

Porządki
Ostatnimi czasy, o dziwo, polubiłam tą czynność. I nie ważne, że zaraz znów zrobi się niezły rozpiździel. No ale dobrze jest tak pozbyć się rzeczy, za którymi prawdopodobnie już nie zatęsknię i zrobić miejsce dla nowych. Przy okazji znajduję jakieś pierdoły, które gdzieś się zawieruszyły kilka miesięcy/lat temu i mam niezły ubaw :)

Ruch
Czy to spacer, czy jazda na rowerze. Coś idealnego dla osoby, która nie jest w stanie długo siedzieć w jednym miejscu. No i jak tak porządnie się zmęczę, przez pewien czas nie jestem w stanie myśleć o bzdurach typu "a może gdybym inaczej postąpiła, to teraz..."

Muzyka
Jak choć przez parę minut nie leci, to prawdopodobnie jestem poważnie chora lub martwa. Słucham różnych rzeczy, zresztą widać po moim Laście (link gdzieś tam u góry). Niektórych kawałków mogę słuchać przez pół dnia i lubię co jakiś czas odkrywać coś nowego.

Książki
Pomimo średnio sprzyjających warunków staram się czytać kilka miesięcznie. Nie zawsze są jakieś ambitne, ale co tam :)

A Wy bez czego nie wyobrażacie sobie dnia?

niedziela, 12 października 2014

Internety uratowały mi życie


Tak, tak. Nie tak dawno pisałam o tym, jak Internety pochłonęły czas, który mogłabym spędzić bardziej produktywnie, a teraz taki tytuł daję? No cóż, dalej uważam, że za długo przebywam w wirtualnym świecie, gdzie w przeciwieństwie do tego realnego jestem taka zajebista (chociaż nie robię z siebie niewiadomo kogo), ale w pewnym sensie wpłynął też na mnie pozytywnie.

Gdyby nie Internety, byłabym dziś wieśniarą o ograniczonych horyzontach myślowych. Przecież na okrągło słyszałam, że metal,ba, nawet rock to tylko jakieś darcie ryja, a odmienna orientacja seksualna to tylko wymysł głupich nastolatków, którym kompletnie się w dupie poprzewracało. Poza tym dorosła kobieta powinna na dobre porzucić luzackie ciuchy na rzecz eleganckich. Gdy będzie miała dzieci, dawno zapomni o Conversach.

Oczywiście słuchałam też tylko radiowych hitów, czy disco polo, i przyjęłam myślenie rodzicielki odnośnie rocka, że to za ostre i w ogóle. W czasach podstawówki do tego worka wkładałam również Avril (huehue). Nie miałam też gustu odnośnie ciuchów, zwyczajnie nosiłam to, co kupowała mi mama. Oglądałam też durne telenowele w telewizji. Nie zastanawiałam się też nad tym, czy to, co robię, ma sens, czy nie. Byłam taka sama jak wszyscy.

Już nie pamiętam, jak to się stało, że weszłam na Wrzutę i przesłuchałam kilka rockowych kawałków, które mi się spodobały. Moja rodzicielka była innego zdania, lecz zignorowałam to. Zaczęłam się udzielać na różnych forach, gdzie poznawałam więcej takiej muzyki.
Stałam się bardziej tolerancyjna, gdy zdobywałam większą wiedzę odnośnie ludzi uznawanych powszechnie za "innych". Poznawałam ich historie na forach czy blogach. W niektórych odnajdywałam siebie, bo sama wielokrotnie obrywałam.
Przestałam bezkrytycznie patrzeć na to, czym karmią nas media. Pewnego dnia stwierdziłam, że większości z tego, co leci w telewizorni nie jestem w stanie zdzierżyć. Gdy parę miesięcy temu zmuszałam się do obejrzenia jakiejś durnej komedii romantycznej, dziwiłam się, jak mogłam kiedyś czymś takim się jarać. Gdy skądś dochodziło do moich uszu disco z pola, zgrzytałam zębami z irytacji.
Teraz, dzięki Internetom znajduję to, co faktycznie MI się podoba.
Internety przydają się także do szlifowania języka obcego. W moim przypadku wciąż jest to angielski. Czytam sobie różne rzeczy w tym języku, np. wywiady z moimi idolami, odpalam jakieś filmiki na Jutubie i takie tam.

Internety uratowały mi życie :)

niedziela, 5 października 2014

Jestem po dwudziestce, a się nie wyszalałam


Non stop, do wyrzygu słyszy się o tym, że młodość jest od tego, by szaleć, ostro imprezować. W końcu potem będzie już za późno, bo będziemy zapierniczać w Biedrze i zaludniać kulę ziemską. A co z tymi, którzy tego nie robią?

Nie cieszą się zbytnią popularnością wśród znajomych i nie zdobywają dwustu lajków pod zdjęciami na Twarzoksiążce. Tak serio, to na pewno są uważani za dziwaków. Nawet rodzina nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego nie chcą się bawić, a zamiast tego izolują się od ludzi. No jak tak można?

Czas spędzany w samotności (oczywiście nie do przesady) może być ciekawie wykorzystany. Można szlifować języki obce, poszerzać wiedzę z ulubionego zagadnienia czy odkryć muzykę, której nie usłyszy się w Protectorze.* No i nie ma się kaca moralnego, gdyby tak na imprezie w jakimś stopniu się nabroiło.

Moje nastoletnie lata upływały spokojnie, bez większych szaleństw. Podczas niewielu imprez, na których zdarzało mi się być, odnosiłam wrażenie jakbym była z innego świata niż reszta ludzi. Oni się upijali i palili, a ja kończyłam na jednym czy dwóch piwach. Nie mam też na koncie jakichś dziwnych zachowań po używkach. No i przeszkadzała mi zbyt głośna muzyka, przez którą nie dało się pogadać. Innymi słowy, nie wyszalałam się, ale nie żałuję, bo żadna ze mnie imprezowiczka.


*Taki klub niedaleko mojego zadupia

wtorek, 30 września 2014

Liebster Blog Award, cz. 2


Chyba ten tag prędko nie zniknie z blogosfery, no i dobrze :) Tym razem pytania zadała mi Annalina.

1. Skąd wzięło się Twoje przezwisko?
Najczęściej ludzie po prostu skracali moje imię do Ewki, co trochę mnie wnerwiało :D Pamiętam jeszcze, że w podstawówce miałam ksywę Słownik, bo byłam najlepsza w klasie z ortografii. A, i w gimbazie wołali na mnie Tofik, ale genezy tego akurat nie znam :D

2. Co Cię motywuje?
Świadomość, że nic się samo nie zrobi, więc wypadałoby ruszyć swój szlachetny tyłek.

3. Najpiękniejsza część dnia?
Wtedy, kiedy robi się ciemno.

4. Bez czego nie potrafisz wyjść z domu?
Bez telefonu zdecydowanie.

5. Co zawsze poprawia Ci humor?
Ulubiona muzyka, rozmowa z bliską osobą, głupie amerykańskie komedie.
6. Ile czasu poświęcasz na przygotowanie się do wyjścia?
Niewiele w sumie. Może będzie z pół godziny.

7. Twoje pierwsze zauroczenie (kto, kiedy, jak)?
Kiedy to, kurna było...Miałam chyba z 12 lat, gdy spodobał mi się kolega z klasy, z sąsiedniej ławki.

8. Gdzie widzisz siebie za 10 lat?
Jak najdalej od tego zadupia i toksycznej rodziny.

9.Jaki jest Twój talent?
O ile w ogóle jakiś istnieje, to jeszcze nieodkryty.

10. Co lubisz w sobie najbardziej?
Kolor oczu, haha :D

11. Jakie znaczenie ma dla Ciebie blog?
Spore, inaczej dawno by mnie tu nie było :)

Tradycyjnie nikogo nie nominuję :)

wtorek, 23 września 2014

Jak to jest z tą czernią?


Gdyby tak zapytać przeciętnego Kowalskiego o to, z czym kojarzy mu się czarny kolor ciuchów, prawdopodobnie usłyszelibyśmy o smutku, pogrzebie, "Rodzinie Adamsów", czy też buncie nastolatków, którzy w końcu wyrosną z noszenia czerni. Jak było w moim przypadku?

Jakieś 7 lat temu, gdy miałam nieźle nasrane we łbie, słuchałam Eski i nosiłam słitaśne, pastelowe ciuszki, przeczytałam w jakiejś gazecie robiącej nastolatkom siano z mózgu opowiadanie o dziewczynie, która nagle porzuciła różowe łachy na rzecz czarnych i zaczęła słuchać Tokio Hotel. Ja akurat nigdy nie miałam fazy na ten zespół, za to parę miesięcy później zaczęła się faza na Avril. To shit i to shit. Co za różnica w sumie?
Niemal w tym samym czasie, co przeglądałam tą gazetę, pocięłam ostro włosy. Nazywałam to cieniowaniem xD Zaczęło się też stopniowe wprowadzanie czarnych rzeczy do szafy. Ostatecznie pastelowe ciuchy porzuciłam rok później, w pierwszych miesiącach jarania się Avcią. Z jej imidżu zrzynałam co tylko się dało, nie wyłączając grubych krech na dolnych powiekach, co do małych oczu musiało wybitnie pasować. Do dziś mam ubaw, gdy przypomnę sobie siebie ze zdjęcia klasowego w gimbazie. Tzn. mocno rozjaśnione włosy, bluzka z "High School Musical" (no ale czarna xD), czarno-czerwone skarpetki, a na nie tenisówko-baleriny w czaszki.

Jak jest teraz? Blond na out, Avril na out, a czerń wciąż ma się dobrze. Jednak tak jakoś mniej jej jest na powiekach. Jeśli chodzi o zawartość szafy, znajdą się w niej również inne kolory, chociażby czerwień, fiolet, szarość, khaki, biel czy granat. Neonowe łachy (może jeszcze z napisem SWAG?) omijam szerokim łukiem. Dawno nie malowałam paznokci na czarno, lecz dość niedawno zakupiłam w Biedrze lakier, którego często używam. No ale przede wszystkim nie prezentuję już postawy pt. "jaka to nie jestem zbuntowana i mroczna". Po prostu noszę to co lubię bez zastanawiania się, czy to będzie dość szokujące. Nie należę też i nigdy nie należałam do żadnej subkultury, choć to zjawisko od lat mnie interesuje. Nie wyobrażam też sobie, by ostro kopiować styl prezentowany przez któregoś z moich muzycznych idoli.

Swoją drogą w czerni wyglądam wyjątkowo świetnie :)

sobota, 13 września 2014

Liebster Blog Award


To ta zabawa jeszcze istnieje? No popatrz, popatrz. Dawno nikt mnie nie nominował (taki tam smuteczek), aż w końcu zrobiła to Anne. Zasad chyba nie muszę przypominać, bo z tym czymś chyba każdy bloger w ostatnich latach się spotkał (znowu będzie, że uogólniam, huehue). No to lecę z tymi odpowiedziami, a co tam.

Co robisz zaraz po przebudzeniu?
Na ogół słucham wtedy muzyki, ewentualnie czytam jakieś głupoty w Internetach.

Kim chciałaś być, gdy byłaś mała?
Piosenkarką, tak coś mi się zdaje.

Dziwne słowo, które przychodzi ci do głowy. Dlaczego jest według ciebie dziwne?
Mamla. Po jakiemu to niby?

Najpiękniejsza część człowieka to...
...jego wnętrze. Nikt nie wie, co dokładnie siedzi nam w głowie i to jest niesamowite.

Co widzisz przez okno swojego pokoju?
Kilka drzew i kawałek drogi.

Który film możesz oglądać setki razy?
Jeszcze nie zdarzył się film, który powaliłby mnie porządnie na kolana.

Jaki typ rozrywki jest dla ciebie katuszą?(opera, kino, mecz itd.)
Słuchanie disco z pola i co niektórych hitów Eski.

Co myślisz o trzymaniu w domu węży?
Ich towarzystwo nie byłoby zbyt przyjemne.

Żyjesz dniem dzisiejszym, czy myślisz o przyszłości? Dlaczego?
Właściwie to tak pół na pół. Trudno powiedzieć, dlaczego.

Kto cię inspiruje?
Nie wymienię tu konkretnych osób, bo jeszcze by powstała litania. No ale ci ludzie, o których mowa, skutecznie (przynajmniej po części) zmotywowali mnie do ruszenia tyłka i zrobienia czegoś w końcu ze swoim marnym życiem.

Co cię drażni?(w ludziach/świecie/telewizji)
O tym, co drażni mnie w ludziach, już wspominałam ileś tam razy, więc nie będę do znudzenia powtarzać. W świecie wnerwiają mnie wojny i to, co się wyrabia np. w Indiach. No a w telewizji reklamy i seriale, które lubiłam może z 10 lat temu. I w ogóle szkoda tracić czas na TV.

Nie nominuję nikogo, bo tak.

poniedziałek, 1 września 2014

Ciemnogród i zacofanie


Z książek czytają głównie romanse. Gust muzyczny? Eska i disco polo. Większość dnia/czasu wolnego spędzają przed telewizorem, gdzie właśnie leci jakaś brazylijska telenowela, reality show czy "Rozmowy w Tłoku". Mówienie poprawną polszczyzną jest chyba dla nich jakąś wielce trudną czynnością.
Ale to wszystko jeszcze można im wybaczyć.

Chyba uważają się za ekspertów od wszystkiego. Zawsze znają odpowiedź. Ktoś miał depresję i popełnił samobójstwo? Z pewnością za dobrze miał w życiu i brakowało mu obowiązków. Zrobiłby coś pożytecznego, to zaraz by mu przeszło. Pewnego dnia oznajmiasz, że masz inną orientację seksualną? Naczytałeś się jakichś bzdetów w Internecie czy tych swoich głupich gazetkach i za jakiś czas ci przejdzie. Słuchasz metalu i do tego ubierasz się na czarno? Pewnie jesteś jakimś satanistą. Uważasz, że jednak chodzenie do kościoła nie jest dla ciebie? Musisz być złym człowiekiem. No i nie tak cię wychowano.

Myślenie nie boli, naprawdę. Czy tak ciężko jest posiedzieć trochę w Internetach, poszukać odpowiednich książek czy też porozmawiać z kimś, kto może mieć choć odrobinę wiedzy na dany temat? A tak to dochodzi tylko do niepotrzebnych spięć albo i nawet tragedii, bo w takim wspaniałym i tolerancyjnym kraju żyjemy.

Ten post pewnie w ogóle by nie powstał, gdyby nie fakt, że ciągle mam do czynienia właśnie z takimi osobnikami. Wspomniałam chyba wcześniej, że mieszkam na wsi? Naprawdę staram się nie generalizować, ale oni po prostu stanowią uosobienie stereotypowego wieśniaka. Nawet już nie próbuję im uświadamiać, że w wielu sprawach się mylą. I tak dla nich będę gówniarą, której się totalnie w dupie poprzewracało, bo za dobrze jej...

sobota, 23 sierpnia 2014

Parę faktów o mnie, cz. 3


Dziś, po paru miesiącach przerwy, napiszę trochę rzeczy o sobie, takich, o których niekoniecznie wiedzą nawet stali czytelnicy tego bloga. A co mi tam szkodzi!

Bloguję od prawie 5 lat. Niesamowite, jak ten czas zapiernicza. Gdy sobie przypomnę to, co kiedyś wypisywałam, odnoszę wrażenie, że nie mogłam to być ja. A jednak...

Swoich postów nie zapisuję wcześniej w zeszycie czy Wordzie. Wychodzą ot tak, spontanicznie. Od niedawna zapisuję w zeszycie jedynie tematy nadchodzących wpisów.

Moim naturalnym kolorem włosów jest ciemny blond. Szczerze go nie cierpię.

Oprócz różnych odmian rocka i metalu słucham także lepszego popu.

Planuję sobie kiedyś zrobić tatuaż. Już chyba wiem, jaki on będzie. Ale na razie nic nie zdradzę, bo może jeszcze mi się odmieni.

W dość niedalekiej przyszłości chcę coś zrobić z włosami. Ta zmiana raczej nie spodoba się mojej rodzicielce, ale co tam.

Mieszkam na totalnym zadupiu, gdzieś w centralnej części kraju.

Jeszcze 7 lat temu nie pomyślałabym, że założę jakikolwiek czarny ciuch.

Pierwszym kolorem, na który przefarbowałam włosy, był blond. Wszystko przez Avril, której na dzień dzisiejszy nie słucham nawet przez 5 minut. Od dawna nie podkreślam też oczu grubymi, czarnymi krechami. Ależ przekomicznie musiało to wyglądać :)

Totalnie różnię się od większości członków rodziny.

Myślę, że pewnie jeszcze kiedyś coś dopiszę, jeśli sobie łaskawie przypomnę. I tak napisałam tego w cholerę.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Ach, ta Twarzoksiążka!


Wciąga, uzależnia, robi siano z nielicznych komórek mózgowych, które nam jeszcze pozostały. Po prostu Twarzoksiążka. To ta podstępna suka sprawia, że miliony ludzi na całym świecie porzucają realne życie na kilka lub kilkanaście godzin. Cóż oni takiego fascynującego tam robią?

Wstawiają pierdyliard słitaśnych fotek swojej facjaty z lewego i prawego profilu, najlepiej w brudnym lustereczku, z dzióbkiem, w tle może być rozpiździel na podłodze, a co tam! Oczywiście zdjęcia przed wstawieniem obrabiają w Fotosklepie. Co jakiś czas dodają linki z Jedyną Słuszną Muzyką, znaną jako hity Eski. Nie znasz? Die in hell, bitch! Piszą coś o grubym sobotnim melanżu, gdzie różne ciekawe rzeczy się działy, a tak naprawdę grzali swoje szlachetne tyłki przed telewizorem podczas milionowego odcinka "Mody na Porażkę".

Twarzoksiążka to pole bitwy. Bitwy na lajki. Widzimy, że zdjęcie kogoś z naszych znajomych zebrało w godzinę dwieście kciuków w górę od swych "friendsów"? Nie będziemy gorsi. Długi czas zajmuje nam wybór najsłitaśniejszej foci, żeby tak zebrać 250 lajków. Widzimy, że wiele osób zbiera sto lajków pod zdjęciem, a u nas rekordem jest trzydzieści? Łapiemy doła i zastanawiamy się, co z nami do kurwy nędzy jest nie tak. Ból dupy, może jeszcze depresja i morze kompleksów. Co ten portal robi z ludźmi...

Może będzie to trudne do zrozumienia dla wszelakich desperatów i frustratów, ale nie wszyscy są piękni i bogaci. A nawet te ponoć idealne osobniki mają jakieś mniej lub bardziej poważne problemy, o których nie będą mogli opowiedzieć nikomu z tysiąca twarzoksiążkowych znajomych, bo nie znajdą u nich pomocy, zrozumienia . Smutne to.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Porządki


Ostatnio ciągle sprzątam i sprzątam, a końca nie widać. Właściwie zabieram się za to od kwietnia z przerwami. Żeby była jasność, nie chodzi o takie zwyczajne porządki w stylu pozamiatania czy ułożenia czegoś od czasu do czasu. Po prostu pozbywam się wielu rzeczy zabierających mi przestrzeń życiową.

W tym domu, na tym cholernym zadupiu mieszkam już 9 lat. W owym czasie nagromadziło się tu pierdyliard rozmaitych rzeczy. Jeśli coś nie mieści się w którymś z zamieszkiwanych przez nas pomieszczeń, zaraz ląduje na górze, a konkretnie w moim niedoszłym pokoju. Jest to naprawdę irytujące. Jakby nie można było umieścić tego wszystkiego na strychu...

Najgorsze jest to, że niektóre z rzeczy darzę takim cholernym sentymentem, że ciężko jest się ich pozbyć. W końcu podczas oglądania ich nasuwają się naprawdę fajne wspomnienia z nimi związane. Jednak chyba najwyższy czas odłożyć sentymenty na bok i po prostu dorosnąć...

Jak już się z tym, chociaż po części, uporam, zabiorę się za niepotrzebne rzeczy z pokoju dzielonego z Młodą. Jak ktoś jest fanem Justina Biebera, z chęcią dam mu plakaty z podobizną owego wybitnego artysty. A może macie ochotę na płyty z Eskowymi hiciorami sprzed 8 lat? Wedle życzeń różne rzeczy się znajdą, bo czego ja tu nie mam? Połowy mózgu.

sobota, 9 sierpnia 2014

Jestem po dwudziestce, a wyglądam jak gimbus


Istnieje sporo takich osób. Być może są nawet w większości. Delikatny typ urody, dziecinna twarz, prawdopodobnie również drobna budowa ciała. Wbrew pozorom owe osobniki dawno opuściły mury gimnazjum. Ba, nawet od paru lat są szczęśliwymi posiadaczami dowodu osobistego. Mają od dwudziestu lat w górę.

Na geny nic się nie poradzi. Jeśli od pokoleń w naszej rodzinie niemal każdy wyglądał znacznie młodziej niż w rzeczywistości, pewnie i nam to się przytrafi. Wiadomo, mogą nas irytować prośby o wyciągnięcie dowodu przy kupnie piwa czy teksty nieznajomych starszych ludzi w stylu "ty chłopczyku/dziewczynko". Możemy też być postrzegani jako osoby cholernie niedojrzałe jedynie na podstawie wyglądu. Ludzie jeszcze nie wiedzą, jak zachowujemy się w poszczególnych sytuacjach, a już twierdzą, że nas przejrzeli, co jest po prostu śmieszne.

Sama dość często spotykam się z powyższymi sytuacjami. Mój wiek? "Oczko" z hakiem. Ktoś, kto mnie nie zna, na sto procent nie pomyśli, że mam już tyle lat. A i te osoby, z którymi mam styczność, mówią, że wyglądam na jakieś trzynaście czy piętnaście, no może na chama osiemnaście. No cóż, wygląd robi swoje. Jestem niska, mam lekką niedowagę i dość dziecinną twarz. I wykorzystuję to jak tylko się da. Jeżdżę na ulgowych biletach. Czasem dla beki przeglądam te durne młodzieżowe, oczojebne gazetki. Noszę tiszerty z nadrukami. Słucham tej wieśniackiej odmiany metalu, z której ponoć powinno się wyrosnąć jakoś w liceum. I co, niefajnie?

***
Z przyczyn od siebie mocno niezależnych zniknęłam na "chwilę" z Internetów wszelakich, ale w miarę możliwości spróbuję sprawdzić, co tam słychać w Waszych miejscach posiadywania. Ależ mi tego brakowało!

wtorek, 22 lipca 2014

Lumpeksy


Taki ze mnie zwyczajny, najzwyklejszy, przeciętny ludź. Z racji tego nie stać mnie na przeróżne ciuchy, które akurat musiały wpaść mi w oko. Dlatego na ratunek idą lumpeksy. Ale to nie tylko o finanse się rozchodzi. Aktualna moda na oczojebność everywhere zdecydowanie nie jest w moim guście. To, co bardziej mi podchodzi znajduję częściej w tego typu sklepach.

Jest ich od cholery. Sklepów, no ciuchów też. Mogłabym wciąż i wciąż grzebać wśród wieszaków. Tak to lubię. Nie znajdę nic ciekawego? Idę do kolejnego lumpa. To znaczy, jeśli zjawię się w mieście. Małe to miasto niby, ale co parę kroków czai się kolejny second hand. Luuubię to, prawdziwy raj.

Tak czy owak i tak wracam do domu z góra dwiema rzeczami. W ogóle jestem strasznie wybredna w wyborze ciuchów. Nie zadowoli mnie byle co tylko dlatego, że jest w moim rozmiarze i kosztuje 5 zeta, jeśli jest w średnim stanie i w nie takim kolorze. Żeby było zabawnie, czy też ironicznie, na nieszczęście ciuchy, które wpadają mi w oko, w większości są na mnie jakieś dwa rozmiary za duże. Jak ktoś chce mieć rozmiar XS ( pewnie większość kobiet chce :D), to chętnie się zamienię.

Ale za to ostatnio zakupiłam cudny czarny sweterek i jestem happy :)

środa, 16 lipca 2014

Internety zryły mi mózg


Zdecydowanie za dużo czasu spędzam w Internetach. Śledzę poczynania swoich idoli. Ściągam kolejne książki i piosenki. Sprawdzam pierdyliard razy dziennie powiadomienia na Twarzoksiążce. Zadaję wujkowi Google dziwne pytania, których nie wyjawiłabym publicznie. Narzekam na blogu na cały świat i siebie przy okazji. Pytanie, czego tam nie robię...

W ogóle chyba wiele osób ma taki sam problem. Niby chcemy odszukać informacje odnośnie jakiegoś interesującego nas zagadnienia, a przy okazji wchodzimy na blogi, fora, piszemy z dziesięcioma znajomymi na Twarzoksiążce, oglądamy filmiki, do których linki nam podali, sprawdzamy czy naszej wymarzonej rzeczy nie da się kupić na Allegro taniej niż w normalnej sprzedaży...I tak mija kilka/kilkanaście godzin. A w tym czasie moglibyśmy zrobić coś bardziej produktywnego...I nagle nadeszła noc...

Jestem uzależniona od Internetu. Próbuję z tym walczyć, zająć się czymś innym. Ostatnio nawet udaje mi się nie wchodzić do łazienki ze smartfonem. I kładę się spać wcześniej. Ale i tak marnuję czas na co najmniej 10 godzin. Nawet założyłam sobie Instagrama, a rok temu twierdziłam, że to z pewnością nie nastąpi...

środa, 9 lipca 2014

Z życia dojrzałej, nastoletniej blogerki


Pewnie każdy, kto bloguje ileś tam lat, po jakimś czasie zauważa pewne zmiany w swoim sposobie pisania czy myślenia na jakieś konkretne tematy. O ile w pewnym momencie czyta to, co kiedyś nastukał na klawiaturze, być może przez pewien czas łudzi się, że napisał to ktoś inny zamieszkujący inną część kraju. No bo to niemożliwe, by był aż takim idiotą. Sama ostatnimi czasy przeglądam sobie wpisy z bardzo odległych czasów, jeszcze kiedy pewnie dinozaury żyły, a mój nick brzmiał Avanturnica. Tak sobie czytam i czytam, a pytanie, na które odpowiedzi nie znalazłam i pewnie nie znajdę, brzmi : czego ja się do cholery wtedy naćpałam? No to lecę z cytatami, tak w ramach terapii czy tam czego.

Mam dość tych gadek, że 18 lat to jeszcze nie dorosłość. A właśnie, że jestem dorosła Taa, jasne. A cóż niby świadczyło o tej dorosłości? Wypowiedź wybitnie dojrzała.

Chciałabym być wyższa z 10 cm i jednocześnie lepiej zbudowana (...) Wtedy ludzie nie mieliby wątpliwości, że mają do czynienia z dorosłą osobą, a nie nieletnią gówniarą No tak, bo wygląd załatwia wszystko...

Chciałabym w nowy rok szkolny wejść taka totalnie wyluzowana, zupełnie inna osoba. (...) Do zmiany wizerunku potrzebne są nowe ciuchy, to jasne. Nowa fryzura. Czyli sama zmiana wyglądu mogłaby zdecydować o społecznym awansie? Coś mi tu nie halo...

Dobra, na razie starczy, pewnie jeszcze kiedyś rzucę kolejnymi cytatami, bo w końcu śmiech to zdrowie i może zmniejszy się zachorowalność wśród czytelników :D

środa, 25 czerwca 2014

Bezsenność


Czasem to się zdarza. Nieważne, że musimy rano wstać i w ogóle mamy wiele rzeczy do ogarnięcia. Sen nie nadchodzi. Nie pomaga liczenie baranów czy innych stworzeń. Nic nie dają też próby myślenia wyłącznie o śnie. No cholery idzie dostać.

Ostatnio, jakieś parę dni temu, jak na złość sen nie chciał nadejść. Te godziny bezsensownego leżenia na łóżku nie byłyby takie najgorsze, gdyby nie fakt, że nagle stanęły mi przed oczyma wydarzenia z dość dalekiej przeszłości, o których zdawało mi się już nie pamiętać. Niestety podświadomość to podła bestia i przechowuje sobie nieszczęsne wspomnienia, by pewnego dnia znów dały o sobie znać. Te błędy, które się kiedyś popełniło. Te niekoniecznie mądre decyzje. Nie ogarniam, czemu tak jak wtedy moja twarz oblała się rumieńcem. No przecież to było pięć czy dziesięć lat temu, a czasu cofnąć się nie da.

Jednak ta moja nieszczęsna bezsenność miała też jakieś plusy. Noc w końcu sprzyja myśleniu, tworzeniu bzdetów na bloga. Także póki co zastój mi nie grozi, bo właśnie parę dni temu powstały kolejne tematy rozważań wszelakich, choć może niekoniecznie tak głębokich jak Rów Mariański :)

Za to za dnia z myśleniem i ogólnym ogarnięciem już gorzej...

sobota, 21 czerwca 2014

Jak to u mnie jest z czytaniem?


Od dziecka jakoś lubiłam czytać. Nikt nie musiał mnie do tego zmuszać. Już w przedszkolu pożyczałam książki od koleżanek, a gdy trochę podrosłam, podkradałam rodzicom gazety, na które byłam nieco za młoda. Rodzinka, wiedząc o tym, jak bardzo lubię czytać, chętnie obdarowywała mnie książkami w czasie świąt, urodzin i nawet tak bez okazji. Większość wolnych chwil poświęcałam na czytanie właśnie. Jak to wygląda teraz?

Za każdym razem, gdy znajdę się w galerii, w pierwszej kolejności wchodzę do Empiku. Nieważne, że opuszczę go może z jakąś gazetą. Zawsze mogę rozejrzeć się za książkami, które kupię za parę miesięcy, ewentualnie ściągnę w formacie Pdf. Dlaczego więc czytam dopiero drugą książkę w tym miesiącu?

Pisząc o planach na najbliższe miesiące wspominałam o swoim lenistwie. Za dużo czasu spędziłam w tych nieszczęsnych Internetach, a przecież mogłam go lepiej wykorzystać, choćby na czytaniu książek właśnie. Choć już i tak jest lepiej, bo w zeszłym miesiącu przeczytałam jedną.

Dzielę pokój z młodszą siostrą, która ma fazę na oglądanie od nowa jakiegoś durnego serialu. Ojciec ciągle się kręci wte i we wte. Matka podśpiewuje jakieś piosenki disco polo. A ja potrzebuję ciszy, spokoju, by skupić się na akcji powieści. W takich warunkach mogę jedynie czytać jakieś gazety ryjące mózg, bo nie trzeba myśleć.

Dzisiaj wykorzystałam fakt, że WYJĄTKOWO nikogo nie było w domu i doczytałam kolejne kilkadziesiąt stron, a co!

sobota, 14 czerwca 2014

Inni, czyli gorsi?


Wielokrotnie w życiu jesteśmy zmuszeni udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Bo wtedy nie narażamy się na nieprzyjemności w domu, szkole czy pracy i odrzucenie przez ludzi. A kto chce być wyrzutkiem? Cierpimy na depresję? Udajemy wielce zadowolonych z życia, bo kto chce się zadawać z kimś wiecznie smutnym? Nie wierzymy w Boga? I tak popitalamy co niedzielę do kościółka, bo nie spotkamy się ze zrozumieniem głęboko wierzącej rodziny. Lubimy się ubierać w nietypowym stylu? Rezygnujemy z niego, bo inaczej ludzie mijani na ulicy nie dadzą nam żyć. Rodzina i znajomi także. Mamy inną orientację seksualną? Nie zdradzamy tego i być może wiążemy się z osobą odmiennej płci. Można by tego jeszcze wymienić w cholerę, pytanie tylko, czy jesteśmy szczęśliwi? Pewnie nie.

To, że ktoś tam kiedyś ustalił jakieś tam normy, nie oznacza, że musimy być jakimiś klonami. Dzięki temu, że każdy z nas czymś tam różni się od ogółu, na świecie nie jest nudno. Najlepiej zdjąć tą maskę, która jest dla nas jak więzienie. Ludzie chcą od nas odejść? No cóż, droga wolna. A my pozostaniemy sobą.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Coś, czego postanowiłam już sobie nie postanawiać


Przenosząc się ostatecznie na Blogspota chciałam, by to całe moje pieprzenie bzdetów na blogu wyglądało nieco inaczej niż w przypadku poprzedniego, Onetowego. Chodziło mi głównie o zaprzestanie pisania o jakichś bardzo osobistych sprawach. Wiem w końcu, że może sobie tu wejść absolutnie każdy, nawet osoby, których o to bym nie podejrzewała. Bo fakt, że po wpisaniu w Googlach mojego imienia i nazwiska ten blog raczej nie wyskoczy, nie oznacza anonimowości nawet w najmniejszym stopniu. Zresztą nie będę udawać, że jakbym miała okazję odkryć prawdę o tym, co dana osoba naprawdę o mnie myśli, nie skorzystałabym z niej.

Czasem odczuwam potrzebę wygadania się, po prostu piszę i tyle. W przeszłości napisałam te parę słów za dużo i nie wypieram się tego. Jednak nigdy nie wyjawiłam na blogu tajemnicy, którą ktoś mi powierzył. Teraz, jeśli zobaczę gdzieś na ulicy pobliskiego miasta kogoś, kto da mi do zrozumienia, że miał do czynienia z moimi zapiskami, nie będę udawać, że mnie z kimś pomylił. Spokojnie wysłucham tego, co ma do powiedzenia.

Tak więc czasami musicie wytrzymać moje narzekania na świat cały i siebie samą przy okazji, przykro mi.

piątek, 6 czerwca 2014

Miałam o tym nie pisać, ale...

Chciałabym w końcu żyć, a nie tylko wegetować. Być optymistką, w końcu takowe osobniki mają jakichś znajomych i żyją dość długo. Nie, nie chcę nagle udawać, że jaram się disco polo i aktualnie modnymi ciuchami. Nie pamiętam jednak, jak u to jest wyjść z kimkolwiek gdzieś, obojętnie gdzie. Rozmawiać o wszystkim i niczym. Śmiać się z głupich, dziecinnych sytuacji życiowych. Po co udawać, że aktualny stan rzeczy jest idealny? Każdy kogoś potrzebuje, nawet ktoś chorobliwie nieśmiały, introwertyk, czy pogrążony w depresji.

Nie wiem, po jaką cholerę to piszę, ale po prostu musiałam. A z bardziej pozytywnych rzeczy udaje mi się wcześniej iść spać. Czyli najpóźniej koło pierwszej w nocy. Serio, jeszcze niedawno zdarzało mi się siedzieć do trzeciej. Już jakiś sukces :)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Parę dni później...


Póki co średnio idzie mi realizacja planów czy tam postanowień. Pocieszam się tym, że jeszcze mam trochę czasu, z tym, że on wciąż zapiernicza i sam ten fakt jest wysoce irytujący.

Na pewno często wychodzę z domu i wczoraj przez jakieś dwie godziny siedziałam nad matmą. Co do książek i angielskiego, szkoda słów. Zwalam to wszystko na brak snu, w cztery godziny nie idzie się wyspać, a staram się położyć do łóżka wcześniej niż dotychczas. No i nie mam energii do działania. Gdybym miała pokój tylko dla siebie, byłoby lepiej...

Ja tu tak smęcę, ale mimo wszystko próbuję jakoś się zmusić do działania. No samo się nic nie zrobi i pewnie za parę miesięcy dowiecie się, jak mi to wszystko wyszło.

piątek, 30 maja 2014

Plany na najbliższe miesiące

Moje życie jest żałosne, nie będę tego ukrywać. Ale żeby nie było jeszcze gorsze, zaplanowałam parę rzeczy do zrobienia na najbliższe miesiące. Może i nie są to jakieś wielkie rewolucje, ale co tam.

Więcej siedzieć nad matmą
Jak niektórzy z Was wiedzą, w sierpniu po raz czwarty (!) piszę maturę z tego cholerstwa. Żeby już ostatecznie pokonać tą sukę, uznałam, że będę siedziała w książkach kilka godzin dziennie. Pieprzyć gadanie rodziny, że i tak nie zdam!

Szlifować angielski
Wiem już, że tłumaczką nie zostanę, ale co mi szkodzi nadrobić pewne braki powstałe w wyniku lenistwa czy innych niesprzyjających czynników. Zresztą jeśli kiedyś wyjechałabym za granicę, to chyba głupio byłoby nie móc się porozumieć?

Czytać więcej książek
Tak, pisze to osoba, której od najmłodszych lat życia nie trzeba było zmuszać do męczenia grubych tomideł, no może poza niektórymi lekturami szkolnymi, których za cholerę nie dało się zrozumieć. No jakiegoś lenia złapałam ostatnio. Ale skoro ostatnio ściągnęłam kilka "pedeefów" (na normalne książki rzadko mnie stać), pretekst do czytania mam idealny.

Częściej wychodzić z domu
A nie, że będę wynajdywała jakieś preteksty. Bo mieszkam na zadupiu, gdzie gówno jest. Bo nie spotkam kogoś znajomego. Bo nie mam jakiegoś konkretnego celu wyjścia. A poprawa samopoczucia czy kondycji? No to jakiś cel się znalazł.

Tych postanowień, planów czy czego tam jest jeszcze więcej, ale na resztę potrzebuję znacznie więcej czasu.

A przed Wami nikt inny tylko Blacky :)



sobota, 24 maja 2014

Ale się zmieniłam!


Zebrało mi się na wspomnienia. Chyba każdy tak czasem ma, co nie? Może i w ciągu ostatnich kilku lat moje życie się nie zmieniło, ale ja owszem.

Ci, co śledzą moje durnowate zapiski od czasów poprzedniego bloga, wiedzą, że jeszcze kilka lat temu byłam zapatrzona w Avril Lavigne i to do tego stopnia, że rozjaśniłam włosy, a oczy podkreślałam grubymi krechami. Poza tym w szafie pojawiło się więcej czarnych ciuchów. Oczywiście miałam jej wszystkie płyty i kupowałam też każdą gazetę, w której była choćby najmniejsza wzmianka na temat mojej idolki. W sumie nie żałuję tych kilku lat, bo to właśnie Avril zawdzięczam szersze zainteresowanie rockowymi brzmieniami, no i wciąż uwielbiam czerń. Jednak kopiowanie do bólu kogoś z moich muzycznych ulubieńców jest obecnie dla mnie czymś śmiesznym, głupim.

Próbowałam zrobić z siebie kogoś innego, kogo szkolni znajomi by zaakceptowali. Za wszelką cenę starałam się zwrócić na siebie uwagę fajnymi ciuchami czy jakimiś durnymi tekstami o chlaniu w ostatni weekend. W sumie nie ogarniam, jak mogłam chcieć zaimponować ludziom, z którymi tak naprawdę niewiele mnie łączyło.

Bardziej dbam o porządek. No nie stałam się nagle jakąś pedantką, jednak w okolicach mojego łóżka trudne do znalezienia są jakieś papierki po cukierkach. Jakoś z miesiąc temu pozbyłam się także chyba ze stu gazet. Wiadomo, darzyłam je pewnym sentymentem, bo wiązały się ze wspomnieniami najbardziej porąbanego okresu w moim życiu, jednak uznałam, że najwyższa pora pozbyć się ich, bo i tak do niczego już mi się nie przydadzą, tym bardziej, że już dawno nie bawiłam się w wymiany artykułów czy plakatów. Jednak nie wywaliłam wszystkich gazet, które posiadam. Może kiedyś?

Słuchałam w kółko Avril, Paramore czy Sum 41. Nie stroniłam też od tej durnej Eski. Teraz lubię poznawać nowych wykonawców/zespoły. Jestem naprawdę otwarta na muzykę i nie twierdzę tak jak kiedyś, że czegoś na pewno nie polubię. No z wyjątkiem disco polo czy techno. I muszę stwierdzić, że więcej niż połowy tego, czego aktualnie słucham, jeszcze rok czy dwa lata temu nie mogłabym znieść.

Może i te zmiany nie są widoczne gołym okiem dla ludzi, którzy mnie nie znają, jednak jestem z nich zadowolona.

wtorek, 20 maja 2014

O moich bzdetach


Odkąd pamiętam, lubiłam pisać różne duperele. Po obejrzeniu któregoś z kolei odcinka jakiegoś serialu zdarzało mi się na kartkach zeszytu napisać wymyślony przez siebie jego ciąg dalszy. Innym razem wyobrażałam sobie jakieś wydarzenie, które mogłoby mieć miejsce gdzieś nieopodal mojego zadupia i opisywałam je tak, jakby był to artykuł w jakiejś gazecie. Potem były różne opowiadania, no i zaczęłam pisać pamiętnik. Nic dobrego z tego nie było, nagrabiłam sobie nieźle u rodzinki. Mimo to, skoro od zawsze potrzebowałam wyrzucić z siebie ten cały rozpiździel kumulujący się w mojej nieszczęsnej głowie, założenie bloga było tylko kwestią czasu.

Zaczęło się ponad cztery lata temu. Oczywiście nie wiedziałam, na czym cała zabawa polega. Podejrzewam, że moje ówczesne wpisy były na jeszcze gorszym poziomie niż te z blogów co niektórych dzisiejszych dwunastolatek, które aspirują do zdobycia tysiąca obserwatorów i kilku komentarzy pod każdą notką, które zawierają linki do blogów osób komentujących. Jednak nie mam jak tego sprawdzić, bo ten blog już nie istnieje. Potem były jeszcze inne, aż w końcu niby na stałe, to znaczy niecałe trzy lata, zadomowiłam się w jednym miejscu. Miało być bardziej na poważnie, żadnych tekstów o ilości kanapek zjedzonych na śniadanie, ale no, kuźwa, znowu nie wyszło.

Teraz jestem tutaj i podoba mi się to. Widzę, że ktoś czyta, komentuje nawet, a kiedyś mogłam o tym tylko pomarzyć. Sęk w tym, że nie chce mi się lizać tyłków tysiącu blogerów dziennie w ramach zdobycia zajebistej popularności. Ja się normalnie chyba starzeję...

środa, 14 maja 2014

Czego nie rozumiem w ludziach?


Znowu sobie ponarzekam. To już normalnie taka moja tradycja. Tak serio to chyba każdy z nas nie może czegoś znieść u pewnych osób. Mimo, że pewnie wielu z nas uważa się za wielce tolerancyjnych, to jednak wszystkiego tolerować się nie da. I ja nie jestem tu jakimś wyjątkiem. No więc co sprawia, że z niektórymi osobnikami nie chcę mieć do czynienia przez jakiś czas lub najlepiej całe życie?

"Muzyka"
Jadę sobie autobusem, a na najdalszych siedzeniach znajduje się kilkoro chłopaków, którzy w pewnym momencie wyciągają swoje wypasione smartfony, z których puszczają łubudubu jeb jeb jeb techno, dance, czy inne disco z pola. I to najlepiej na cały regulator. Nosz kurwa, chyba w dzisiejszych czasach istnieje coś takiego jak słuchawki i w czterech literach mam fakt, że może was na nie nie stać. Na zajebiste telefony jakoś was było stać.

Smród
Czekam sobie na dworcu na autobus powrotny, a od co niektórych osobników tamże przebywających porządnie jebie już z daleka. A już myślałam, że w XXI wieku każdy obywatel Cebulandii ma dostęp do czegoś takiego jak chociażby najzwyklejsze, szare mydło. Może coś przeoczyłam?

Papierosy
Nie ma dnia, bym nie czuła dymu pochodzącego od tego gówna. Nie dość, że mój ojciec pali, to jeszcze idąc którąkolwiek ulicą pobliskiego miasta muszę zawsze minąć jakiegoś palacza. Jak chcecie mieć raka, to proszę bardzo, ale nie wciągajcie w to innych.

Narzucanie gustów
Możecie mi polecić jakiś fajny zespół, książkę czy film, ale nie mam ochoty na to, byście usiłowali nakazać mi zmianę upodobań na takie, jakie będą wam pasowały, no bo przecież to, czego słucham/czytam/oglądam musi być jakimś gównem. Jak to się powszechnie mówi, gust jest jak dupa - każdy ma swoją.

Wścibstwo
Są ludzie, którzy chcieliby wiedzieć o mnie jak najwięcej. Już pomijam fakt, że co niektóre osobniki w jakiś magiczny sposób dostały się na tego bloga. Ale co kogoś może obchodzić, z kim się bzykam albo co takiego ukrywam za łóżkiem? Uważam, że mam prawo do tajemnic i nie mam potrzeby mówienia o sobie wszystkiego.

Mogłabym wymienić tego jeszcze więcej, ale daruję sobie. Już i tak się nieźle rozpisałam.

środa, 7 maja 2014

Co ja tu do cholery robię?


W końcu wróciłam. Co było, że mnie nie było? Miałam nieco utrudniony dostęp do Internetów. Poza tym jeszcze robiłam ostatnie powtórki do którejś z kolei matury z matmy, którą i tak spieprzyłam, co okazało się przy sprawdzaniu odpowiedzi. Następne starcie z tą suką będzie w sierpniu...

Za chwilę być może dowiecie się o mnie czegoś więcej, choć pewnie nie będzie to wielce fascynujące. No ale po prostu muszę to napisać, bo dość długo chodzi mi po głowie.

Często odnoszę wrażenie, że nie pasuję do tego świata. Bardzo nie pasuję.

Ostatnio oglądałam sobie ciuchy w galerii. Oczywiście w każdym sklepie pierwsze rzucały się w oczy jakieś bluzki w pastelowych kolorkach, a takowych nie cierpię. A że nie ocenia się książki po okładce, zaglądałam też w dalsze zakamarki sklepów i szczerze mogłabym na palcach jednej ręki wymienić to, co mi się podobało. W ogóle jestem stałą bywalczynią lumpeksów, bo tam już prędzej znajdę coś dla siebie. No prócz spodni.

Za bardzo nie orientuję się w hitach Eski czy innej popularnej stacji radiowej. Gdy już zdarza mi się puścić to coś, zwykle szybko wyłączam. No bo jak na dziesięć piosenek może dwie są w miarę strawne, to po co się męczyć. Zresztą wolę coś znaleźć na Laście czy YT.

Nie widzę sensu w paleniu, ćpaniu, schlaniu się do zgona. A to są często elementy imprez wszelakich. Może i czasem fajnie byłoby potańczyć, ale nie mam ochoty wspomagać się używkami. Uważam, że jak mam już przesadzić z alkoholem, to najlepiej w domowym zaciszu. Mniejsze ryzyko, że zrobię czy powiem coś tak głupiego, że ludzie jeszcze po mojej śmierci będą o tym pamiętać. Zresztą imprezy w ogóle chyba nie są dla mnie, bo nie umiem być tak wyluzowana jak reszta bawiących się osobników. A zresztą ludzie nie składają mi propozycji wspólnej zabawy. Może to i dobrze?

Pomimo wielu prób nie udało mi się pozbyć nieśmiałości. Na dodatek krzywo chodzę (właściwie kuleję) i mam zeza.

Chociaż to wszystko z pewnością nie przysparza mi popularności, a nawet nie mam gdzie z kimkolwiek wyjść, nie zamierzam na siłę stawać się kimś innym. Trudno, nie wszyscy muszą mnie kochać i dawać dwustu lajków pod shit fociami na Twarzoksiążce...

wtorek, 22 kwietnia 2014

Dzieciństwo, gdzie jesteś?

Ostatnio po blogach krąży pewien tag. Chodzi w nim o to, by opisać swoje dzieciństwo. Dotarło to i do mnie dzięki Cranberry Smile. Nie wiem, czy moja historia będzie znowu aż tak pasjonująca, ale i tak podejmuję wyzwanie :)

Urodziłam się pod koniec stycznia 1993 roku. Jak przez mgłę pamiętam jakieś urywki z pierwszych lat życia. Krótko byłam jedynaczką. Gdy miałam ponad 3 lata, urodziła się moja młodsza siostra. Musiałam dawać rodzince nieźle popalić, bo nie byłam na jej chrzcinach :) W ogóle zdarzało mi się przegiąć, np. w przedszkolu wyrwało mi się "kurwa mać" i to na religii :D Ale w sumie w domu ciągle leciały bluzgi, więc nic dziwnego. Dorośli uważali, że o ile oni mogą rzucać "kurwami", to dzieci już nie. Nawet do dzisiaj słyszę upomnienia, gdy mi się takie coś wyrwie...

Odkąd pamiętam, jakoś ciągnęło mnie do książek. Serio, nikt nie musiał mnie zmuszać do czytania. W początkowych klasach podstawówki nawet lektury mnie fascynowały, np. "Dzieci z Bullerbyn" czytałam nawet z 5 razy :) Rodzinka chętnie kupowała mi książki na urodziny i święta, co bardzo mnie cieszyło. W niemal każdej wolnej chwili przysiadywałam w kącie pokoju i czytałam. Często wolałam świat przedstawiony w książkach od tego realnego i to w sumie zostało mi do dziś :) Tak jak słabość do serii o Ani z Zielonego Wzgórza i Harrym Potterze.

Byłam nieśmiała, wrażliwa, trochę izolowałam się od ludzi i przez to parę osób mi dokuczało. Miałam też jednak koleżanki, z którymi chodziłam na plac zabaw znajdujący się obok szkoły. Często też szłyśmy razem w drodze powrotnej ze szkoły, a raczej towarzyszyła mi jedna koleżanka mieszkająca w sąsiedniej wsi. Wtedy mówiłyśmy jakiś wierszyk o żurawiu i czapli, śmiejąc się co chwilę :D Pamiętam też ten szał z tymi zeszytami zwanymi złotymi myślami, gdzie sporo osób odpowiadało na pytania zawarte na pierwszej stronie. Jako, że była ze mnie troszkę wścibska osóbka, po udzieleniu odpowiedzi na te 20 pytań czy więcej, chętnie spoglądałam na odpowiedzi innych osób :)

Pomimo mieszkania na wsi nie brakowało mi rozrywek. Właściwie to wszystko, co odbywało się na świeżym powietrzu sprawiało radość. Często grałam w piłkę z kuzynami, z którymi zresztą wtedy mieszkałam. Urządzaliśmy sobie też zawody biegów do bramy i z powrotem, ewentualnie jakiś odcinek drogi musieliśmy przejechać na rowerze. Czasem odwiedzaliśmy znajomych mieszkających kilka domów dalej. Mieli tam niski balkon, z którego często skakaliśmy :) W ogóle urządzaliśmy też skoki z przyczepy :) Nawet tak zwyczajna rzecz jak pójście na pole po ziemniaki była jakąś rozrywką. Jakoś mogliśmy się obyć bez komórek i Internetów :)

Odkąd pamiętam, lubiłam śpiewać. Często dawałam występy przed rodzinką. Paradoksalnie, teraz nie jestem w stanie siebie słuchać :D Zdarzało mi się też rysować, pisać jakieś śmieszne wierszyki czy opowiadania. Lubiłam też wędrować palcem po mapie. Pewnie dlatego do dziś jestem w stanie wymienić wiele stolic państw świata :)

Kręciło mnie wszystko, co było na topie, z tym durnym disco polo na czele. Ale w domu rzadko słyszałam co innego. Byłam też bardzo podatna na wszelakie reklamy zabawek i nawet nie próbowałam zrozumieć starszych, którzy mówili, że nie mogą mi kupić danej rzeczy z braku kasy. Miałam za to pokaźną kolekcję żetonów z Pokemonami, które zbierały wtedy wszystkie dzieciaki. Grałam też w gierki na Pegasusie przytwierdzonym do telewizorni, a najchętniej w Super Mario czy jakoś tak.

Ciekawe, jakie wspomnienia z dzieciństwa będą miały dzieci rodzące się teraz. Aż strach pomyśleć...

Nie nominuję nikogo, bo mam lenia :)

środa, 16 kwietnia 2014

Nie mam pomysłu na tytuł


Nic się nie dzieje, pogoda do jest do dupy i jeszcze muszę słuchać narzekania Młodej na ten muzyczny badziew, którym katuję głośniki. Bosko...

Co do telefonu, nie zdecydowałam się jednak na Ajfona. Mój nowy nabytek zwie się Sony Xperia L. Póki co jestem z niego raczej zadowolona. Nie zamula tak jak ten pieprzony Szajsung Galaxy Mini 2, a jego główną wadą jest ciężko otwierająca się tylna klapka. Zdjęcia też jakieś robi, choć nie są znowu takie nadzwyczajne. Jakość dźwięku średnia, ale nie tragiczna. A co do baterii, to jednak muszę często ją ładować. A może idealny telefon za dość niską cenę nie istnieje?

A przed Wami nic innego jak część ryja Blacky. Fota średnio oddaje rzeczywistość, ale kij...



czwartek, 10 kwietnia 2014

Kryzys

Główna ulica jakiegokolwiek miasta. Tłum ludzi dokądś się spieszy. Wśród nich nietrudno dostrzec młode osoby puszczające muzykę ze swoich wypasionych smartfonów, z Vansami czy Conversami na nogach. Zawsze ubrane zgodnie z panującą modą. Raz sportowo, raz elegancko, i najlepiej, żeby było widać logo znanej firmy. Takich osób jest naprawdę sporo. Gdy tak się na nich patrzy, na usta ciśnie się pytanie: no i gdzie ten kryzys, o którym stale się trąbi? Bo, kurna, normalnie wszyscy się stroimy, mamy fajne telefony, aparaty, iPody, jeździmy fajnymi samochodami...

Prawda może być jednak inna i ktoś, kto ma wielki ból dupy z racji tego, że w przeciwieństwie do mijanej na ulicy osoby nie ma tych wszelakich dóbr materialnych, nie ma ku niemu żadnych powodów. Nagle okazuje się, że dziewczyna mająca na sobie codziennie inny zestaw ciuchów tak naprawdę pożycza je od znajomych, bo zwyczajnie nie ma kasy. Albo znajduje coś fajnego w lumpeksach. Chłopak, który poszpanował sobie wypasionym autem przed kolegami, mógł kupić je na raty, które będzie jeszcze dłuuugo spłacał.

Może jednak faktycznie tym osobom dobrze się powodzi? Ale też nie oszukujmy się, to w końcu Cebulandia, więc takich szczęściarzy u nas jest niewiele, no chyba, że jakimś cudem wygrają pokaźną sumę w totka...

niedziela, 6 kwietnia 2014

Telefon se kupuję...

W życiu każdego z nas nadchodzi chwila, kiedy to kupujemy nowy telefon. Albo kończy nam się umowa, albo dotychczasowy sprzęt szlag trafia, tudzież wkurwia nas tak bardzo, że mamy ochotę wypieprzyć go przez okno, bo ciągle wyskakują nam komunikaty o wymuszeniu zamknięcia właśnie używanej aplikacji, no przynajmniej ja tak miałam z Szajsungiem. Było jeszcze wiele innych "atrakcji" jak zacinanie się czy ładowanie 2 - 3 razy dziennie. No i jeszcze jakiś czas temu straciłam sporo piosenek z karty pamięci...Ale koniec tego złego, bo zaraz wejdę w posiadanie czegoś ciut lepszego, mam nadzieję...

Ostatnio omal nie spadłam z krzesła, gdy na Twarzoksiążce dowiedziałam się od pewnej znajomej, że za sumkę pieniędzy, którą uzbierałam, mogę wejść w posiadanie...iPhone'a 4. Wprawdzie z komisu, no ale...Ale numer! Byłoby super, ale mam jakiś cholerny mętlik w głowie. I nie chodzi mi wcale o to, że ktoś zarzuciłby mi, że się wielce lansuję, bo od dłuższego czasu na to gwiżdżę. Ale ja znam to swoje ogarnięcie do góry nogami. A co jeśli telefon mi upadnie na beton czy kafelki albo wpadnie do kibla czy wanny? Nie szkoda byłoby zmarnowanej kasy? Bo ja to się liczę z każdym groszem, wiecznie oszczędzam, by w ogóle coś mieć. No i taki ajfon to ponoć cudo nowoczesnej technologii...

Jakie wymagania stawiam następcy Szajsunga? Po pierwsze duuużo miejsca na muzykę. A nuż za jakiś czas znowu odkryję jakiegoś zajebistego artystę/zespół na Laście? No i bez muzyki wariuję. Po drugie chciałabym by ekran miał tak z 4 cale, czy coś koło tego, no i też nie taki wielki a' la tablet. Po trzecie dobrze by było, by dało się robić zdjęcia dobrej jakości. Po czwarte czasem pograłabym w jakieś gierki. Po piąte nie może się zacinać, przerywać połączeń,wymagać ładowania kilka razy dziennie...Po szóste i ostatnie musi się zmieścić cenowo w 8 stówkach, bo ja nie Parysia Hilton...

Nic na to nie poradzę, że ceglasta Nokia mnie nie jara i nie mam ochoty na kupowanie oddzielnie np. aparatu. No i chciałabym, by mój nowy nabytek starczył przynajmniej na 2 lata. Ale mam wymagania z dupy...

sobota, 29 marca 2014

Anonimowość to bzdura


Dzisiejszy blog to taki współczesny pamiętnik. Opisujemy jakieś wydarzenia z życia czy inne pierdoły. Z tym, że ktoś to czyta. Nawet nie wiemy, kto. Może nawet tej osoby nie wtajemniczyliśmy w nasze zapiski.

Powiecie, że skądże znowu. Że takie wydarzenia, jakie opisaliście równie dobrze mogą się dziać w Chinach, a poza tym nie używacie swojego czy cudzego nazwiska pisząc o kimś. Pod nickiem czujecie się bezpieczni.

Jeszcze 2 i pół roku temu sama nie sądziłam, że ktoś z moich "znajomych" zechciałby czytać te moje wynurzenia z dupy. Jednak zechciało mi się opisać pewną szkolną sytuację. Jedna z dziewczyn w klasie stwierdziła, że cały post jest o niej. Tak naprawdę był to tylko jego początek, po prostu źle sprecyzowałam swoje myśli. Podejrzewam, że ktoś już wcześniej jakoś znalazł bloga. A nikomu nie podawałam adresu i nie wymieniałam żadnych nazwisk. Równie dobrze mogłabym teraz podpisywać się jako Ewelina J. , a nie Blacky. Jeden kij. Bo to ciągnie się do dziś.

Anonimowość nie istnieje. Jeśli jej potrzebujecie, piszcie sobie pamiętnik zamknięty na kłódkę. Nawet jeśli znajomi nie dają Wam do zrozumienia, że mieli styczność z tym, co tam tworzycie w Internetach, nie oznacza to, że faktycznie nie zajrzeli w Wasze miejsca w sieci. Ludzie to wścibskie bestie, serio. SERIO.

piątek, 21 marca 2014

Czy dwunastolatka może pisać bloga?

Tak mnie jakoś natchnęło, by właśnie taki temat teraz poruszyć. Właściwie to zainspirowało mnie takowe pytanie na pewnej twarzoksiążkowej grupie. Jak się bawić, to się bawić! Swoją drogą i tak wiadomo, że będzie to typowe pieprzenie o dupie marynie godne typowych/stereotypowych 12 - latek...
Kiedyś było inaczej. Dzieciaki wolały spędzanie czasu w gronie znajomych na placu zabaw od wielogodzinnej posiadówy w Internetach. A ja to chyba już stara jestem, skoro pamiętam te czasy. W wspomnianym wieku 12 lat tworzyłam jakieś bajdy w zeszytach, jednak o prywatność było trudno, więc z czasem rodzince się zdarzyło czytać to coś i był niezły dym. Tak więc jeden kij, gdzie swoje duperele zamieszczałam. Oczywiście mogłabym tą sytuację porównać do tego, co dzieje się teraz: ludzie uzewnętrzniają swoje dylematy i frustracje na blogach i czyta to coś grono osobników. I tu, i tam zero prywatności. Nasze życie jest własnością innych ludzi i mają do tego prawo.

To normalne, że świat idzie z postępem, więc sporo osób zamiast pamiętników ma blogi i to wszelakiego rodzaju, nie tylko typowe pamiętniki, ale też modowe czy lifestyle'owe. Nie rozumiem też, dlaczego niby 12 -latkom miałoby się zabronić prowadzenia blogów. To jakaś zbrodnia jest, czy jak? Może dzięki systematycznemu pisaniu po jakimś czasie wyrobią sobie swój własny, niepowtarzalny styl. Zresztą taki wiek nie wyklucza od razu dojrzałości. Sama kiedyś trafiłam na bloga chłopaka w takim wieku. Pisał on tak mądrze, dojrzale, że gdyby na początku już nie wspomniał o tym, ile ma lat, to dałabym mu co najmniej 16. Tak, takie przypadki się zdarzają. Ale wiem też jednak, że sporo osób w tym wieku powinna blogowanie porzucić, bo przydałby im się słownik ortograficzny, tudzież trochę rozumu.

To, że jakaś dziunia raczyła w końcu wykasować bloga, na którego wstawiała swoje żenujące słit focie, nie oznacza, że one za parę lat nie wypłyną. Skąd może wiedzieć, czy ktoś w trakcie istnienia bloga nie zapisał sobie tych zdjęć na kompie czy wypasionym smartfonie? A potem dziewczyna w płacz, bo fotki wylądowały na jakiejś stronie z "gorącymi dupeczkami"...Myślenie nie boli, no. Także prowadźcie te swoje blogi, ale z głową.

poniedziałek, 17 marca 2014

Wiosno, na*****aj!

Lubię wiosnę. Jest wtedy tak ciepło, że nawet tak popieprzona domatorka jak ja rusza swe szlachetne cztery litery, wsiada na rower i jedzie chociażby na zakupy do pobliskiej Biedronki. Ostatnio jednak pogoda dostała pierdolca - tu zawieje, tam przyleje. A jeszcze kilka dni temu wychodziłam z domu w swej ukochanej skórzanej kurtce nałożonej jedynie na jakiegoś tiszerta...Mam jednak nadzieję, że nadchodzący pierwszy dzień kalendarzowej wiosny będzie lepszy od tego ubiegłorocznego, bo wtedy to niezły mróz był.
Wiosną jakoś mam lepszy humor niż zazwyczaj i nawet chętniej robię wszelakie porządki. Gdy słońce naprawdę mocno przygrzeje, rezygnuję z ciuchów w ulubionej czerni, choć nie noszę też tych wielce modniastych słitaśnych pasteli. Nie żebym była znowu taka oryginalna, ale po prostu za nimi nie przepadam no :) Ostatnimi czasy rozważam też zmianę koloru włosów. Czy wiosna nie jest najlepszą porą na drobne zmiany? 

Spodobała mi się akcja Bobika . Przeglądam jej bloga od dłuższego czasu, jednak jakimś cudem przegapiłam ubiegłoroczną edycję. Miały być wiosenne fotki, no to są. Choć musiałam skorzystać z pomocy wspaniałego wujka Google, bo normalnego aparatu to ja nie posiadam...







czwartek, 13 marca 2014

Znowu o muzie, a co!

Jak ten czas zapiernicza...Patrzę sobie na płyty zakupione wiele lat temu, tak dawno nie odtwarzane. W sumie mój gust muzyczny jest dość eklektyczny, jednak tak sobie myślę, że wtedy był on generalnie do dupy. Byłam pod wielkim wpływem Eski, przez co na jednej wąskiej półce specjalnie przeznaczonej na płyty znalazła się muzyczka rodzaju, który określam jako "łubudubu jeb jeb jeb" :D Dla niekumatych po prostu dance. Ale w sumie nie dziwię się, bo nie byłam tą szczęściarą, której rodzice do snu puszczali chociażby Nirvanę. Ciągle było jakieś disco polo i densik właśnie. Chociaż w sumie lubiłam jeszcze Blog 27 (haha ;d), Gwen Stefani, czy Rihannę (ale to wtedy, gdy nie gwiazdorzyła jeszcze). Jeszcze więcej bym tego wymieniła, ale mam lenia. Tak czy owak nie widzi mi się powrót do tamtej muzyczki, no chyba, że w ramach tak zwanej beki. Teraz mój gust kształtuje Last.fm do spółki z YouTube i jest generalnie git. Nie twierdzę jednak, że jest on oryginalny. Swoją drogą, mam nadzieję, że wyczuliście ironię, gdy wspomniałam o nim w notce o wirtualnych "miłościach"...

Czego aktualnie słucham? W sumie trochę tego jest. Lana Del Rey, Lady Gaga, Avril Lavigne (czasami), Halestorm, The Pretty Reckless (zaraz nowa płyta, jaram się!), Nickelback, Three Days Grace, Linkin Park, Green Day, Evanescence...Co jakiś czas trafia mi się kolejny zespół, którego songi męczę non stop. Tym razem padło na Delain. Aż się normalnie zdziwiłam, a gdy jakiś czas temu wyskoczyli mi w propozycjach na Lansie, to myślałam, że pewnie grają taką muzę do usypiania idealną, po spojrzeniu na tagi...Tymczasem jakiś tydzień temu wklepałam na Jutubie pierwszy lepszy song z brzegu, a tu...surprajs! Nie dość, że wytrzymałam, to chciałam słuchać dłużej. A z taką muzyką (jakiś gothic metal czy cuś) dotychczas miałam niewiele wspólnego...

Tak kończąc już to pieprzenie o dupie marynie (jak zawsze zresztą), to pojęcia zielonego nie mam o tym, co aktualnie w Esce puszczają. Rozważam odpalenie w najbliższym czasie Eski TV. Wszak jakieś pół godziny odmóżdżania wielkiej krzywdy człowiekowi nie czyni i może przy okazji będzie się z czego pośmiać...

środa, 5 marca 2014

Jestem po dwudziestce, więc czas umierać.

Wśród wielu osób panuje jakieś dziwne przekonanie o tym, że od pewnego wieku nie wypada robić tego czy tamtego. W końcu nie jesteśmy już dziećmi i czas pożegnać się ze wszystkim związanym z najbardziej beztroskim okresem w naszym życiu. To, co przejdzie jeszcze u szalonej, zbuntowanej gimnazjalistki, nie przystoi dorosłej kobiecie po dwudziestce. 

Słuchasz Avril Lavigne? Zapomnij! Toż to pozerka, co robi z siebie wieczną zbuntowaną nastolatkę, choć zaraz stuknie jej 30stka. Wiesz, jaki jest średni wiek jej fanów? Góra 15 lat! Najlepiej sobie Mozarta posłuchaj, bo w twoim wieku raczej nie wypada słuchać takiej wieśniackiej muzy. To samo zresztą tyczy się też Paramore czy Simple Plan. 

Nosisz koszulki z nadrukami, podarte dżinsy i trampki? No nieee...Co to za czacha na koszulce? W tym wieku jakieś nadruki? A te spodnie to ci pies porwał? I na co ci trampki? Teraz musisz nosić szpilki. I noś częściej sukienki i marynarki. Nie rób wiochy. 

Zedrzyj te plakaty ze ścian. Żeby jeszcze w tym wieku mieć jakichś idoli? Ile masz lat? I wywal te gazety, na co ci aż tyle?

Znacie to, prawda? Bo ja tak. Jednak nie zamierzam na siłę robić z siebie nie wiadomo kogo. Jak komuś coś się nie podoba, to jego problem. Ludzie, mamy XXI wiek. Tak, uwielbiam t- shirty z nadrukami, podarte dżinsy i trampki. Avril już nie znaczy dla mnie tyle, co kiedyś, ale jednak mam ochotę dalej jej słuchać. No i faktycznie mam w domu sporo gazet, ale pozbędę się tylko tych, do których nie zamierzam już wracać. A tak w ogóle, to pieprzyć ciemnogród!

sobota, 22 lutego 2014

Czego nie rozumiem w blogerach?

No w końcu napiszę o czymś, co od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie. Od razu zaznaczam, że nie mam na myśli tych normalnych blogerów, którym w dupie się jeszcze nie poprzewracało. W sumie nie wiem, czy zaliczam się do tego grona, ale co tam. I tak zapodam nudny wywód o tym, czego nie ogarniam odnośnie co niektórych osobników uważających się za blogerów. Ba, nawet nie zamierzam ogarniać.

Spam, wszędzie spam!
Nosz cholera jasna, był on na każdym portalu, ale tutaj jakoś to zjawisko jest  bardziej widoczne. Nie wiem, na co to komu. Liczba obserwatorów nie jest wyznacznikiem "fejmu", tym bardziej, jeśli spośród 1000 takowych na bloga wchodzi 10. Ludzie, opamiętajcie się! Toż to brak szacunku dla blogerów, którzy przez długi czas tworzą wpis, jakikolwiek by on nie był. Jak ktoś będzie chciał obserwować Wasze blogi, to to zrobi bez nachalnych "próśb". 

"Kto mi powie, o czym mam pisać?"
To zakładając bloga nie wiedzieliście tego? Może po prostu nie jesteście stworzeni do blogowania i czas z nim po prostu skończyć? Ewentualnie macie kryzys i chwilowo nie jesteście w stanie czegoś wymyślić? Wtedy zróbcie sobie przerwę i poczekajcie, aż wena wróci. W ogóle nie ogarniam, jak można pisać "pod kogoś". Blog to takie miejsce, gdzie wyraża się siebie, a nie pisze o historii Mongolii z XV wieku, jeśli nie ma się o niej bladego pojęcia. 

Lizanie dupy blogowym sławom
Co, myślicie, że może też staniecie się tacy jak oni? Takim sposobem na pewno tego nie osiągniecie. "Celebryci" mają podnietę z tego, że tłum blogerów wielce nastawionych na sławę nabija im wejścia. No i mają ich tak naprawdę w czterech literach (sławni, a nie blogowe szaraczki).

Ściemnianie na maksa, koloryzowanie rzeczywistości...
Tak trudno być po prostu sobą? Po co pisać, że wakacje spędziliście w Egipcie, jak tak naprawdę grzaliście tyłki w Zadupiu Mniejszym? I serio macie spory luz w domu i robicie imprezy 4 razy w tygodniu? I tak w końcu wyda się, że to jeden, wielki fejk. No chyba, że tworzycie opowiadanie, no to OK.

Co za ludzie...